Zbyszek Kmieć

zbyszek kmiecPo latach włóczęgi nie wiedzieć czemu stałem się nie bylejakim ekspertem od polskich, czeskich, ukraińskich i węgierskich regionaliów, a że nie ślubowałem abstynencji zwykle pełnię również funkcje podczaszego, bowiem polskie destylaty, węgierskie wina i czeskie piwa to moje naturalne środowisko.

Taką rolę chcę pełnić na stronie Jasia Kuronia. Doradzić, wyjaśnić, coś ciekawego pokazać, gościniec z drogi przywieźć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wspomnienie o Maćku

 

Ale mnie wzięło na wspominki – ten tekst powstał w Zaduszki 2009 roku.

Wspomnienie o Maćku

Maciej Kuroń - zdj. Fotopiekarnik

Z bożonarodzeniowej drzemki wyrwał mnie telefon. „Przygotuj się na szok. Umarł Maciek” Poczułem się jak sierota.

Zanim poznałem Maćka szczerze mówiąc nie miałem pojęcia o tym kim naprawdę jest. Z telewizyjnych migawek, opowieści przyjaciół czy opowieści ludzi z branży niemal zawsze podszytych zazdrością wyłaniał się obraz niejasny. Szczerze mówiąc nie czytałem jego książek i nie uważałem go za kulinarny autorytet. Moje postrzeganie zmieniło się diametralnie gdy zobaczyłem i przejrzałem „Kuchnię rzeczpospolitej wielu narodów” – osłupiałem. Nikt i nigdy tak wyczerpująco, kompetentnie i praktycznie nie opisał naszej kuchni. Nie wiesz jak zrobić kluski śląskie – zajrzyj do Kuronia, szukasz pomysłu na bażanta – Kuroń – marynata do baraniny – Kuroń.

Maciej - zdjęcie prywatne Paul Wieczor
No nic, na pewno jest niesympatyczny i zarozumiały myślałem usprawiedliwiając się przed sobą z tego, że do tej pory nie poznałem tego człowieka. Okazja nadarzała się w Janowie Lubelskim. To były Janowskie Gryczaki – święto gryczanej kaszy. Maciek siedział za stołem, podpisywał książki, przed palącym słońcem schował się pod namiot. Zaanonsowany wcześniej telefonicznie, przedstawiłem się, pogadaliśmy chwilkę o specyfice regionu i Maciej zaproponował bym zaczął pisywać na jego stronie internetowej. Tymczasem wysłał mnie na zakupy. Wysłał? Tak Maciek według słów naszego wspólnego przyjaciela Jacka Kleyffa był jak cygański król. Król życia.

zdj. Paul Wieczor
Na zakupy ruszyłem z Jasiem Kuroniem najstarszym synem. Moim zadaniem było wskazać wśród licznych stoisk festynu produkty najbardziej wartościowe. Już dwadzieścia minut później siedzieliśmy w knajpce z Jasiem popijając znakomite piwo z browaru Janów Lubelski. – Spokojnie pokaz mamy o 19 – uspokajał Jasio kiedy pytałem się czy zamawiamy następną kolejkę. Jaś mylił się szpetnie. Już z daleka od placu gdzie odbywały się Gryczaki słychać było donośny ryk Maćka: „Jaaaaaasiuuuuuuuuuuu!!!!! Gdzie jeeeesteeeeeś!!!!” zwielokrotniony przez nagłośnienie janowskiego domu kultury. Cóż Jaś pomylił godziny, a że przy sobie miał kluczyki do samochodu, w którym znajdowały się garnki i produkty potrzebne do pokazu to Maciej przez pierwsze dwadzieścia minut pokazu zabawiał publiczność gawędą licząc że Jaś się przedziera w jego kierunku, potem delikatnie apelował a potem zwyczajnie stracił cierpliwość i pozwolił poznać janowiakom donośność swojego głosu.
Pokaz się skończył, zbierałem się do powrotu do domu gdy zadzwonił telefon: „Gdzie ty jesteś? My tu siedzimy za sceną i mamy świetne pieczone jabłuszka faszerowane kaszanką” I tak oto zostałem przyjacielem Maćka.

Scena pół roku potem. Okres przedwielkanocny. Przedzieram się przez lasy w okolicach Milicza, postawiwszy na nogi całe nadleśnictwo miejscowe by odnaleźć Maćka, który umówił się tam ze mną po drodze, kupując dzika zostawił w Wielkopolsce telefon. W końcu ja dodzwaniam się do Giena, Gieno do Asi – żony Maćka, Asia do jakiegoś znajomego a ten do kogoś kto akurat z Maćkiem tam jest. Około 22 docieram do domku w środku lasu. I usłyszawszy sakramentalne „lepiej gościa zabić niż go nie nakarmić” – siadam przy stole, który jest jednocześnie stołem biesiadnym i warsztatem pracy. Obieramy czosnek. Tak się zawsze zaczynała każda nasza wspólna wyprawa. Kilogramy czosnku do obrania. Maciek nie dodawał czosnku chyba tylko do herbaty, a że mieliśmy przed sobą kilkudniowy wyrób kiełbas było dobre kilka kilogramów do obrania.
I rozmowy..
- Maćku czy Piotrek Topiński opowiadał Ci…
- Piotrek wszystko mi opowiadał, w stanie wojennym byliśmy razem pod celą.
I śpiewanie Kleyffowych piosenek. Potem w czasie pogrzebu Maćka jeden z jego przyjaciół powie, że całe Maćka życie było zawarte między dwiema piosenkami Kleyffa – „Ogryzkiem” i „Żródłem”. To w „Źródle” pada zdanie – „możesz nie rozumieć mnie, lecz błagam nie zrozum mnie źle”.
Pierwsza nasza wspólnie zrobiona potrawa;
– Patrz Kudłaty – mówi Maciek – ile zostało tego farszu do kiełbasy może byś tak zrobił karminadle. To zacząłem robić te karminadle, Maciek ciągle się wtrącał, potem zaczął sam coś siekać zaczęliśmy dyskutować i tak od cebuli do kiszonego ogórka, garść grzybów i tak wyszedł nam …żurek z pulpetami.
W nocy słyszałem jak Maciek krzyczy przez sen: „Na Mahometa więcej pieprzu!!!”. Wiedział wszystko i potrafił wszystko dlatego szczególnie dumny byłem gdy potrafiłem mu pokazać jakieś kulinarne szczególiki, których nie znał, czy to z mojego Roztocza czy z Czech lub Węgier.
Teraz chyba właśnie najbardziej brakuje nam jego wiedzy, całego tego wtrącania się. Jedna z pierwszych refleksji po jego śmierci to „a kto nas będzie ochrzaniał i poprawiał?”, liczyłem też na jego pomoc i poradę przy tegorocznym Festiwalu Smaku w Grucznie. No cóż…
Szczególne miejsce w życiu Maćka zajmował dom. I budynek i rodzina. O tradycjach rodzinnych i galerii malowniczych postaci pisał w tym miejscu nie będę. Napiszę za to o domu w Izabelinie. Kiedy wprowadzali się tam z Asią dom rósł samotnie wśród lasu, bez drogi. Potem pojawili się sąsiedzi wreszcie obrósł willową wioską. Ale nic to. Na sporej działeczce stoi dom, wędzarnia, miejsce do gry w piłkę, jakaś szopa. Od strony podwórka wchodzi się przez „stołowy” taras . Opis domu zacznę od piwnic. Najpierw Burkina Faso – pomieszczenie telewizyjno rozrywkowe. Tu stoi perkusja i gitary najmłodszego syna Kacpra, tu starsi Kuba i Jaś oglądają mecze, tu nastoletnia Gajka przyprowadza znajomych. Potem jest garaż, który jest składowiskiem książek i naczyń, wreszcie spiżarnia, jakieś zamrażarki („znalazłam wczoraj w domu sarnę”) i kotłownia, w której Maciek trzymał nalewki. W nalewkach cukier dodawał tylko z konieczności, uwielbiał przerażająco dla niektórych wytrawne smaki. Ostatni balon domowej smorodiny pękł sam z siebie późną jesienią zeszłego roku…
Na samej górze mieściły się pokoje dzieci. Duszą domu był parter. Zaraz za tarasem który był letnią kuchnią i jadalnią wchodziło się do jadalni zimowej połączonej z kuchnią. W szafkach herbaty i przyprawy, właśnie w tej kolejności – w lodówce zawsze jakiś ser. U Kuroniów gotowało się smacznie. Zupa rybna, gicze jagnięce, węgorze, galarety, świetne makarony – chciałbym, by gdzieś w Polsce były restauracje na tym poziomie. I gościnność.
- Jesteście głodni – zapytał kiedyś Jaś wioząc nas z Warszawy do Izabelina – tak? To macie szczęście Ojciec nie darowałby Wam, gdybyście przyjechali najedzeni – on od wczesnego popołudnia szykuje cielęce kotlety.

zdj. archiwum pryw. Paul WieczorNie piszę o jednej z największych europejskich wanien, czy o sypialni, gdzie Maćkowi gdy chorował przynosiło się herbatę zaparzoną w ulubiony sposób, gdzie oglądało się czasem mecze lub skoki narciarskie. Trzeba wiedzieć, że Maciek – warszawiak przecież – był kibicem Górnika Zabrze, ale w ogóle lubił piłkę i znał się na niej – miał fenomenalną pamięć. Gdy mi opowiadano nie wierzyłem, ale w jego 48 urodziny byliśmy razem na koncercie Jacka Kleyffa i faktycznie Maciek pełnił rolę suflera – bo pamiętał teksty Jacka lepiej niż autor. Sam padłem ofiarą jego pamięci przegrywając zakład na temat kolejności płyt w dyskografii Pink Floyd. Wreszcie serce domu. Pokój z kominkiem. Kanapa, fotele, w tym ten jeden obrotowy za biurkiem. Po lewej szafka z płytami i książkami. W strategicznych miejscach cztery psy. Każdy z nich był przygarniętym przybłędą.
Ech co tu dużo gadać – kiedy ktoś przytłoczony czasami i losem pytał mnie czy jest jeszcze na tym świecie kochająca się rodzina – odpalałem zawsze – Kuronie. Atmosfera tego domu jest niesamowita, tylko ten pusty, obrotowy wysoki fotel…

zdj. Fotopiekarnik W.M.Piekarscy
A niech tam, można zamknąć oczy, w fotelu będzie siedział Maciej, za oknem już ciemno. Z głośników płynie – na złość dzieciaków piosenka o kolejarzach wąskotorowych. Asia melduje, że zakończyła pakowanie do pokazu. Przekazuje Małgosi listę zakupów. Kuba też już gotowy. Małgosia – menedżerka Maćka pokazuje mapę – gdzie będziemy nocować. Ja ustalam gdzie po drodze można coś sensownego zjeść. Jeszcze termos z herbatą, którego Maciek i tak zapomina zabrać… termos zostaje w domu, na szafce przy lustrze…..

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress